Bajki

"Burzowe kłopoty", Damian Kuczyński

Pewnego razu była sobie burza, nie duża, nie mała, po prostu zwyczajna, taka jakich codziennie wiele krąży po świecie. Jak na porządną burzę przystało, lubiła błysnąć, grzmotnąć, a potem zalać wodą całą okolicę. Szalała sobie burza po świecie i pewnie działoby się tak po dziś dzień, gdyby nie takie oto zdarzenie. Otóż w pewien wtorek, a może był to piątek, nie pamiętam dokładnie, burza zgubiła wszystkie swoje błyskawice i grzmoty. Kiedy chciała, jak zwykle wywołać burzę, okazało się, że nie ma ani błyskawic rozdzierających niebo na pół, ani robiących straszne zamieszanie grzmotów. Po prostu zniknęły, zapadły się pod ziemię. Zrozpaczona burza wszędzie ich szukała, i w lesie, i w morzu, i na łące, a nawet w budzie Kropka. Niestety, nigdzie ich nie było. Burza kompletnie się załamała.

— Co to za burza bez błyskawic i grzmotów?! — płakała — nikt nie będzie się mnie bał, a nawet chciał  mnie oglądać. Wszyscy będą się ze mnie śmiali, bo od teraz stałam się zwykłym, najzwyklejszym deszczem — rozpaczała.

Krople deszczu mieszkające w burzowej chmurze też nie były zadowolone.

— Zawsze występowałyśmy w towarzystwie piorunów i błyskawic, niczym aktorki na scenie. Co teraz z nami będzie? — pytały.

Sytuacja naprawdę nie wyglądała ciekawie. Burza przestała być prawdziwą burzą, od czasu do czasu wypuszczała tylko na świat zwykły deszcz. Ludzie ze zdziwieniem wznosili oczy ku niebu.

— Taka czarna chmura, wygląda jakby zaraz miała być burza — mówili.

Burza popadła w straszny smutek i przygnębienie. Nie cieszyła jej już zabawa w zakrywanie chmurami słońca, nie bawiła się z wiatrem w chowanego, ani nawet nie obserwowała swoich kropelek, kiedy spadały na ziemię. Nie towarzyszyły jej już błyszczące błyski, ani grzmocące grzmoty. Wszystko wokół niej poszarzało i ucichło, a ona sama w milczeniu szła przez świat.

Pewnego razu burza jak zwykle przetaczała się nad okolicą. Prawie nikt nie zwrócił na nią uwagi, wszyscy myśleli, że to po prostu kolejny mocny deszcz. Kiedy tak zawisła nad miastem, nagle na dole spostrzegła jakiś ruch. Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu zauważyła kolorowe błyski i towarzyszące im odgłosy wystrzałów bardzo przypominające jej błyskawice i pioruny. Zdziwiona zapytała piorunochron, z którym, zanim zniknęli jej towarzysze,  często tańczyła dzikim burzowy taniec, co to takiego? Odpowiedział jej, że to ludzie urządzają sobie fajerwerki czyli sztuczne ognie, z których jednak nigdy, tak jak to się dzieje podczas prawdziwej burzy, nie spada deszcz. Burza przyjrzała się dokładniej i nagle…wśród sztucznych ogni zobaczyła coś, co przypominało jej zagubione grzmoty i błyskawice. Kiedy przyjrzała się bliżej, okazało się, że to rzeczywiście one! Występowały błysk w błysk i grzmot w grzmot z fajerwerkami. Burza zapytała je, dlaczego ją opuściły? Odpowiedziały, że stało się tak dlatego, że burza zawsze stawiała siebie na pierwszym miejscu, przechwalała się, jaka to ona jest jasna i głośna i kompletnie nie doceniała ich zasług. Burza zastanowiła się dłuższą chwilę, po czym przyznała rację błyskawicom i piorunom. Obiecała im, że jeśli zdecydują się do niej wrócić, zmieni swoje postępowanie i rzeczywiście dotrzymała słowa. Od tej chwili, kiedy miała wystąpić nad jakimś miastem czy wsią, zawsze najpierw zapowiadała błyskawice:

— Przed państwem solistki baletu burzowego! — a one nisko kłaniały się polom i domom zanim pokazały, co potrafią.

Kiedy zaś miały huknąć pioruny, burza ogłaszała:

— Pozwólcie, że przedstawię najgłośniejsze instrumenty w całej przyrodzie, oto grzmoty we własnej osobie. I wtedy one wydawały pierwszy grzmot i rozpoczynały swoje harce.

— A teraz wystąpią jedyne, najwspanialsze, niepowtarzalne kropelki deszczu — zapowiadała burza, po czym spuszczała na ziemię strugi wody.

Dzięki temu, że burza zrozumiała, że każdego należy docenić, mogła nadal wśród błysków, łomotów, trzasków, zawirowań, plusków i chlapów dawać swoje przedstawienia.